Tak wpisałam w Google, naczelnego doradcy odnośnie chorób, miłości i życia. Ze swoją odpowiedzią wtrąciła się szybko sztuczna inteligencja i o dziwo, może mieć trochę racji. Co robić, gdy sama nie wiesz czego chcesz? Jak ruszyć? Co, gdy utknęłam? To wstyd? Lęk? Strach? Kilka odpowiedzi może ukryje się w tym wpisie. Może coś dla siebie skubniesz.
Co, gdy sama nie wiem czego chce?
Odpowiedź AI:
„Gdy sama nie wiesz, czego chcesz, to sygnał, by zwolnić, wsłuchać się w siebie i poszukać odpowiedzi, co jest powszechne i może wynikać ze stresu, zmęczenia lub braku motywacji.”
Moja spowiedź:
Okej sztuczna inteligencjo, rozgryzłaś mnie już w pierwszym zdaniu. Potrzeba zwolnienia chodzi za mną od bardzo długiego czasu, jednocześnie gdy już nadszedł ten moment, gdy staję z nim twarzą w twarz okazuje się, że… zwolnienie nieco mnie przeraża. Mam wrażenie, że wpadam wtedy w sieć – co powinnam? co chciałam? czy jeszcze pamiętam? czy ja coś czuję? gdzie mam iść? Dopada mnie też lęk. Nie do końca umiem określić skąd on się bierze.
Dodatkowo odczuwam wstyd.
Wstydzę się przed ludźmi. Jak śmiem mieć tak uprzywilejowaną pozycję w obecnych czasach (praca, którą lubię, na której uczciwie zarabiam, dom, kochający partner, zdrowe dzieci) i jeszcze smęcić.
Więc idę z moim smęceniem tu, w odchłań internetu, na swojego bloga, gdzie mnie nikt nie znajdzie. Jestem ja i moje wstydliwe myśli.

Co zatem zrobić, gdy sama nie wiesz czego chcesz?
Odpowiedź AI:
„Kluczowe jest eksperymentowanie i odkrywanie siebie: czytaj, rozmawiaj, wypróbuj nowe rzeczy, skup się na małych krokach, dbaj o odpoczynek i dietę, a jeśli stan się przedłuża, skonsultuj się ze specjalistą, aby odkryć prawdziwe potrzeby i odzyskać radość życia.”
Po tej odpowiedzi zaczęłam grzebać. Nie lubię tkwić w danym stanie. (może mam problem, aby się zatrzymać)
W dalszej wypowiedzi sztuczna inteligencja podpowiedziała, że może być wypalenie, depresja? Przycupnęłam przy tych hasłach na 3 sekundy i poszłam dalej. Z depresją już się mierzyłam na terapii i wiem, że na szczęście to nie ona zagląda. Może tkwi gdzieś uśpiona, ale nie zamierzam suczy wybudzać i dawać jej mojej atencji. To nie to, to nie ten pojebany stan (piękne jest to, że na swoim blogu mogę napisać „pojebany” i nikt nie utknie mi zasięgów. Tu i tak ich nie ma).
Wypalenie? Tego się boję najbardziej, ale myślę że nie. Jest aktualnie styczeń i do sezonu ślubnego zdążę śmiało podładować energię. Właściwie to czuję ogromną radochę na nadchodzące śluby, bo mam szczęście do fajnych Par. Tak naprawdę to mogę też ze spokojem zamykać kalendarz na ten rok (i może powinnam oficjalnie to zrobić, ale mam słabość do ludzi i co, jeżeli ktoś szykuje jakieś super fajne wydarzenie i mnie nawet nie zapyta o termin, bo ja się zabarykaduję?) Czuję ogromną wdzięczność, że mogę robić to co kocham i z tego się utrzymywać.
Serce podpowiada, że wypalenie nie, ale że odpoczynek należy mi się jak bum cyk-cyk (ależ boomeriada słowna).
Okej, może przycupnęłam na dłużej niż 3 sekundy, ale chciałam mieć 100% pewność, że to nie depresja i nie wypalenie. (zatem co?)

czytaj, rozmawiaj, wypróbuj nowe rzeczy, skup się na małych krokach, dbaj o odpoczynek i dietę
Dalsza odpowiedź AI:
Gdy sama nie wiem czego chce – co mogę dla siebie zrobić?
- zwolnij i wsłuchaj się: zamiast narzucać sobie cele, postaraj się poczuć, co mówi Twoje ciało i wewnętrzny głos, a nie tylko ego
- baby steps czyli małe kroki: rób rzeczy, które wydają się Tobie choć trochę interesujące, nawet jeśli są to drobne decyzje, np. pójście na kawę czy posłuchanie nowej muzyki
- odkrywaj: czytaj, poznawaj ludzi, branże, aby zobaczyć co Cię kręci, inspiruje.
- zadbaj o podstawy: odpowiedzi sen, dieta, aktywność fizyczna mogą znacząco poprawić nastrój i energię.
czyli wrzuć na luz, zatrzymaj się na chwilę i poszukaj inspiracji
Wpis ten piszę kilka dni. Edytuję, wracam, testuję co tam wymyśliłam.
Trochę w międzyczasie dyskutowałam z moim asystentem AI, rozkminiałam co jest w tym moje. Co być może jest moim problemem. Co mogę dla siebie zrobić, aby ruszyć.
Otóż ja mam problem z zagłuszaniem samej siebie. Z byciem w ciszy. Zagłuszam się social mediami, filmami, nadmierną produktywnością. Szybko szukam sobie nowych zadań. Wkurwiam się, jak nie wiem co ze sobą zrobić. Jakby się świat zaraz miał skończyć albo ja ochujeć.
Nie jestem w stanie też odpuścić.
Ja potrzebuję jakiejś wizji mimo wszystko.
Jakiegoś planu działania – nawet jak dotyczy on odpoczynku, to ja i tak muszę mieć to… rozrysowane? (istnieje szansa, że mam spaczony łeb)
ZATEM, drodzy nieistniejący czytelnicy, do czego doszliśmy.
- stworzyłam sobie asystenta AI, mojego pracownika, z którym wspólnie rozkminiamy co dalej, on podsuwa pomysły, ja łapie pojedyncze zdania i sobie grzebię (nie jest idealny, ale nie płacę za niego ZUSu, więc oczekiwania też mam wyrozumiałe)
- chcę zacząć pielęgnować swoją intuicję – to jest coś cennego w człowieku, a mojej jakby nie patrzeć zawdzięczam bardzo dużo
- grzebanie w inspiracjach – wracam do książek, które uskrzydliły mnie w poprzednich latach z nowym, aktualnym spojrzeniem (już w nich siedzę!)
- bazgrolę w moim wiedźmowym notatniku, bazgrolenie daje dużo!
- SPACERY kurwa, spacery – albo będę więcej spacerowała i się ruszała albo se strzelę w japę. Naprawdę człowiek jest czasem głupi, ma te zdrowie, młodość, piękne i bezpieczne tereny, a siedzi i pierdzi w kanapę lub pracuje bez końca. (tak, teraz świadomie wprowadzam siebie i być może niechcący kogoś w poczucie winy) Najpiękniejsze rzeczy dzieją się, jak się wychodzi z tej chałupy, kurwa! Wyjdźże dziewczyno i przestań pierdolić.
- nauka bycia w ciszy – to będzie misja. Nie zamierzam od razu odrzucać wszystkich ekranów i bodźców, ale próbować je zmniejszać.
Oczywiście ja Wam nie powiem, czego wy chcecie (zwłaszcza jak sama czasem nie wiem, czego chcę). Powyżej napisałam, co zamierzam zrobić i jak sobie pomóc, BY USŁYSZEĆ. Jakiś wewnętrzny głos, stłumiony, przykryty cholera wie czym. Czasami cudzymi oczekiwaniami, social mediami, lękami, wstydem. Tak jak już wspomniałam gdzieś wcześniej – jestem PO TERAPII, więc takie największe gówno, które przykrywało całe moje jestestwo zbierałam przy pomocy terapeutyki, nie asystentki AI. Żywego człowieka, który na żywo reagował z moimi emocjami.
Na ten moment czuję się okej, jestem – mogę wreszcie to napisać – swoją własną przyjaciółką, która jak widzi, że coś jest nie tak, to reaguje. Mój blog i pisanie jest moim takim… małym wspomagaczem. Oczyszczeniem. Moim miejscem.
Elementem mojej drogi.
Piszę, bo mi to pomaga. Jak masz ochotę tu zostać, poczytać, wziąć dla siebie – to śmiało. Szykuję kolejne wpisy i „strategie na siebie”.
